Zielone Świątki na Urzeczu

Kto z Was słyszał kiedyś o Urzeczu, zwanym też Łurzycami (to „rz” to nie pomyłka, zamilknij, autokorekto!)? Jest to mikroregion Mazowsza położony nad Wisłą, u stóp skarpy, na terenach zalewanych niegdyś często w czasie powodzi.

Tajemnicze Urzecze

Południowa granica Urzecza przebiega u dawnego ujścia Wilgi i Pilicy (nieco na południe od Góry Kalwarii), a północna obejmuje część Warszawy aż po Saską Kępę, Siekierki i Czerniaków. W obszarze tym mieści się m.in. Wilanów czy uzdrowiska na linii otwockiej. Pod względem krajobrazu Urzecze to stosunkowo płaski obszar porośnięty łąkami, podmokłymi lasami i polami, urozmaicony licznymi starorzeczami, dość gęsto zaludniony. Mieszkańcy regionu, czyli Łurzycanie (Łurzycoki), są potomkami osadników z dalekiej Holandii, Niemiec i Pomorza, zwanych olędrami. Niestraszne im były kaprysy rzeki – znali tajniki melioracji, domy budowali na sztucznie usypanych wzniesieniach, a drogi na groblach, wzmocnionych wikliną. Losy mieszkańców Urzecza splecione były z rzeką, która dawała i odbierała: zalewała pola i łąki, topiła ludzi i dobytek, ale też zapewniała pracę flisakom (w miejscowej gwarze orylom). Jeszcze sto lat temu Wisła nie stanowiła bariery w komunikacji między brzegami jak teraz, lecz była wygodną trasą, którą spławiano towary od Małopolski aż po wybrzeże Bałtyku. Pomiędzy wschodnim i zachodnim brzegiem można było łatwo podróżować łódkami i licznymi promami. Sprzyjało to integrowaniu się mieszkańców regionu i ich pewnej izolacji od sąsiadów, żyjących na „górnych polach”, położonych powyżej skarpy.
Urzecze – długo zapomniane – od kilku lat zaczyna odzyskiwać pamięć i dawną tożsamość, działają zespoły ludowe, odbywają się imprezy regionalne, powstają opracowania naukowe… ale wszystko to dzieje się jeszcze raczej na niewielką skalę i nawet wśród mieszkańców Warszawy niewielu cokolwiek na ten temat słyszało. My sami trafiliśmy tam właściwie przypadkiem – i już zostaliśmy urzeczeni na amen.

Zielone Świątki nad Wisłą

Wyobraźcie sobie korowód ustrojonych zielonymi gałązkami, tatarakiem i kolorowymi wstążkami łodzi – od małych pychówek po niewielkie płaskodenne stateczki. Wyobraźcie sobie flisaków w białych koszulach, z drągami i wiosłami w dłoniach. Kolorowe spódnice i gorsety pasażerek, czarne kwiatowe wzory haftowane na rękawach i chustkach. Panów w granatowych długich sukmanach z czerwonymi wstawkami i w półcylindrach na głowach. Do tego śpiew ptaków, szum rzeki, terkotanie silników, no i niosące się daleko po wodzie ludowe przyśpiewki. Tak wyglądała procesja zielonoświątkowa, która wypłynęła w niedzielny poranek z ostrogi rzecznej przy Górze Kalwarii. Trasa wiodła przez łurzyckie wsie na obu brzegach Wisły: w Nadbrzeżu można było skosztować regionalnych przysmaków, w Gassach przyłączyć się do rozśpiewanych pasażerów, w Ciszycy podziwiać występy wokalne i taneczne… I w końcu dopłynąć do Miedzeszyna, na teren klubu golfowego, gdzie odbywał się piknik, organizowany przez wawerski dom kultury (zgromadzeni mogli zobaczyć m.in. piękne przedstawienie na motywach opery „Flis” Stanisława Moniuszki). Równocześnie na Urzeczu trwały liczne imprezy towarzyszące: festyny, bieg na 5 km z Gass do Ciszycy, rajd rowerowy na orientację.
Zachwyciła nas kameralna atmosfera święta, autentyczność folkloru, życzliwość i uśmiech uczestników. Podążaliśmy szlakiem pielgrzymki samochodem, odwiedzając kolejne przystanie, a na ostatnim odcinku (Ciszyca-Miedzeszyn) Malwinie udało się wsiąść na łódkę i przeżyć prawdziwą wiślańską przygodę. Rejs trwał ponad godzinę, łódź lawirowała wśród piaszczystych łach, zadrzewionych wysp, wystających nad taflą wody powalonych drzew, w pewnym momencie osiadła nawet na mieliźnie i mieliśmy prawdziwe flisackie wesele – czyli popychanie jednostki przez flisaka i kilkoro pasażerów, brodzących w wodzie nieco ponad kolana. Kto by mógł przypuszczać, że Wisła bywa aż tak płytka? I to w dość deszczową wiosnę? Nad porastającymi brzegi drzewami wyłaniały się kominy elektrociepłowni, odległe wieżowce i Pałac Kultury, ale rzeka wciąż pozostawała szeroka i sprawiała wrażenie kompletnie dzikiej. Nad piaszczystymi wysepkami kołowały mewy, do lotu podrywały się spłoszone śpiewami i śmiechem kaczki, a przyglądając się brzegom można było wypatrzyć nory – pewnie mieszkają w nich jakieś wydry albo piżmaki.
Krótko mówiąc, Zielone Świątki na Urzeczu na stałe wpisują się w nasz kalendarz imprez, a na zwiedzanie tego malowniczego regionu i inne imprezy folklorystyczne (jak festiwal „Flis” w maju czy sierpniowa rzeczna pielgrzymka do Czerwińska) nie trzeba nas będzie namawiać.


Zielone Świątki na Urzeczu
www.zieloneswiatki.pl
Ciekawy artykuł o Urzeczu na stronach parafii w Warszawicach

7 komentarze do tekstu “Zielone Świątki na Urzeczu

  1. Świetna impreza! Bardzo dobrze, że o tym napisaliście, bo Urzecze i jego mieszkańcy są mało znani. Przeszedłem kilka szlaków turystycznych w dolinie Wisły między Górą Kalwarią a Warszawą. Okolice są bardzo ładne, a ludzi mało.

    1. Tak, my też będziemy musieli tak jeszcze kilka razy zajechać. Już mam w głowie wycieczkę wałami wzdłuż Wisły. Właściwie, można ruszyć już z Warszawy

  2. Dziękuję za zainteresowanie naszym nowym – starym mikroregionem. Zachęcam do poznawania tradycji, kultury, obyczajów czy kuchni nadwiślańskiego Urzecza, a także do uczestnictwa w odbywających się u nas cyklicznych imprezach typu Zielone Świątki czy Flis Festiwal.
    Więcej o Urzeczu i naszych inicjatywach można znaleźć tu:

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Urzecze_%28mikroregion_etnograficzny_na_Mazowszu%29
    http://wislawarszawska.pl/artykul-221-Urzecze
    http://flisfestiwal.pl/
    http://www.zieloneswiatki.pl/index.php
    https://www.facebook.com/urzecze

    Z urzeckimi pozdrowieniami!

    1. My również dziękujemy za miłe słowa, a ode mnie jeszcze słowa uznania za fachowe objaśnienia na łódce 🙂 Na Urzecze zawitamy na pewno jeszcze niejeden raz, zatem do zobaczenia na szlaku albo na którejś z imprez!
      Pozdrawiamy

    1. Płynęłam na bezimiennej pychówce, tej która na zdjęciu tytułowym właśnie odbiła od brzegu (z flisakiem w zielonej chustce na głowie). Przynajmniej na naszych zdjęciach nigdzie nie widzę jej nazwy, a na żywo nie zwróciłam uwagi, bo wsiadłam w pośpiechu, w ostatniej chwili przed odpłynięciem, jak się okazało, że ktoś z dotychczasowych pasażerów się nie stawił.
      I już się biorę za czytanie 🙂

Dodaj komentarz